Tytułem wstępu

Wszystkie sytuacje opisane w książce wydarzyły się naprawdę. Patrząc z mojej perspektywy i mając na uwadze to, co wiem teraz na temat życia, zaplanowałam je jeszcze przed swoim narodzeniem. Z racji powyższego, nie obwiniam i nie obarczam nikogo za moje doświadczenia.
Moim celem jest podzielenie się pewnymi refleksjami z Tobą — Czytelniku. Być może niektóre będą podobne do Twoich, gdyż w sumie tworzymy jedną wielką całość.
Poprzez tę książkę chcę pokazać, że to my dokonujemy wyborów w życiu. Możemy iść tą drogą czy inną. Bywa też, że nie wiemy, iż możemy wybierać i próbujemy toczyć ciężki kamień pod górę, myśląc, że tak trzeba. Tymczasem wystarczy zrozumieć pewne prawa życia, by całkowicie zmienić bieg zdarzeń. Gdy zrozumiemy w pełni samych siebie i dotrzemy w końcu do tego, kim jesteśmy lub kim bylibyśmy bez naszych ziemskich ograniczeń, jesteśmy w stanie zrozumieć perfekcyjność zdarzeń. To nie oznacza, że obejdzie się bez bólu — doświadczanie go będzie nam towarzyszyć stale, podczas tkwienia w powłoce ludzkiej. Jest to nieodłączna część życia. Zaczniemy patrzeć jednak z przymrużeniem oka na to, co nas otacza. Zdamy sobie sprawę, że jesteśmy częścią ogromnego kosmosu, a nasz Przystanek — Ziemia jest tylko jednym z wielu.
Pomimo bólu, rozczarowań i wielu negatywnych aspektów, jesteśmy również świadkami otaczających nas cudów. Wystarczy zaobserwować przepiękną przyrodę, np. zwierzęta. Gdy przyglądam się beztroskim dzikim kaczkom kołyszącym się na tafli wody widzę, jakie są piękne i całkowicie zsynchronizowane z otoczeniem, wiatrem, porami roku… Nikt im nie mówi, że nadciąga zima i muszą „zbierać się” do ciepłych krajów. Po prostu wiedzione instynktem, jak na zawołanie, wszystkie stada zbierają się, aby odbyć długą podróż w bardziej sprzyjające obszary. A jeśli mamy ten sam mechanizm polepszony o nasz rozum, co jeśli ten instynkt wie dokładnie, co jest dla nas najlepsze? Spójrz na ten świat właśnie w taki sposób. Wojny i zło „panoszą się” z powodu braku świadomości i mimo, że czasem są to walki uzasadniane wiarą, nie mają z nią nic wspólnego — bardziej z ludzkim ego w brzydkim wydaniu.
Być może nie zmienię świata tą książką, ale jeśli mogę zasiać choćby jedno ziarenko nadziei, to sprawi mi to ogromną radość.

 Pozdrawiam, Angela

Rozdział 1. Dzieciństwo

— Dorota, podaj jeszcze jedną deskę, bo musimy wybrać najładniejszą na nasz domek! — krzyknęłam do mojej o rok młodszej koleżanki, która porządkowała właśnie stertę desek zgromadzonych na podwórku przed budynkiem.
Zabawy na zewnątrz stanowiły nasze ulubione zajęcie, a cóż może być lepszego niż budowa domków, w których mogłyśmy przesiadywać, pić wyimaginowaną herbatę i przechowywać nasze skarby.
— Dobra, już podaję — mówiąc to rzuciła kolejną zdobycz w moją stronę.
Deska uderzyła mnie w łydkę, a wystający z niej gwóźdź przebił mi głęboko skórę. To dziwne, że nic mnie nie boli — pomyślałam sobie — pewnie jestem w szoku. Widziałam w filmach, że gdy ktoś zostanie ciężko ranny, początkowo niczego nie czuje. Rana wyglądała źle, więc nie pozostało mi nic innego, jak wrócić do domu.
Mieszkaliśmy w niewielkiej miejscowości położonej na pograniczu Warmii i Mazur. Niewiele się tu działo, ale nasza wioska była dość duża w porównaniu z sąsiednimi. Mieliśmy szkołę, urząd gminy, dom kultury, posterunek policji, a nawet przychodnię lekarską i kilka sklepów. Jak większość wiosek w tamtym czasie, także i nasza była prężnie działającym ośrodkiem PGR–owskim. Nasz dwupiętrowy dom, dzielony z trzema innymi rodzinami, znajdował się na skraju wsi, oddalony o półtora kilometra od najbliższych sąsiadów. Wraz z kilkoma innymi budynkami, stał tuż obok pomalowanej na żółto stacji kolejowej, gdzie pracował mój tata. Całość otaczał rząd świerków oraz ogromne połacie ogródków, stanowiących świetne miejsce do zabawy.
Wróćmy jednak do mojej okaleczonej nogi. Kuśtykałam do domu niczym ranny w potrzasku zwierz, a wtedy ujrzałam mamę, która szła w moim kierunku. Na jej twarzy malowało się niezadowolenie. Zdawała się nie zauważać mojego cierpienia i tego, że pilnie potrzebuję pomocy!
— Dlaczego nie chcesz się bawić z siostrą?! — wołała wściekła.
W ogóle nie zauważa, że cierpię, przecież mogę się tu wykrwawić na śmierć! O co jej w ogóle chodzi? Kaja jest ode mnie 6 lat młodsza i jak mam się z nią bawić, kiedy ona mi tylko przeszkadza, bo jest za mała!! Niestety, zamiast uściskać i okazać zainteresowanie, a może nawet zabrać mnie do lekarza, mama ostentacyjnie obmyła mi ranę wodą utlenioną i „koniec zachodu”. Nie umrę przecież… Oh! Nawet się człowiek pobawić w spokoju nie może, bo musi zajmować się młodszą, upierdliwą siostrą! Nie wspominając już o jakimś współczuciu ze strony własnej matki!
Kaja, z miną cierpiętnicy, skarżyła zawsze rodzicom, gdy nie chciałyśmy jej angażować w nasze zabawy. A niby jak, z takim gówniarzem, my — DOROSŁE miałyśmy się bawić?! Bywały jednak momenty, gdy dokazywałyśmy razem, czy to uganiając się w zbożu, które było niemal większe od nas, wraz z naszym psem Nuką, czy robiąc inne, „szalone” rzeczy. Nuka była małym, czarnym, kudłatym kundelkiem i czasem myślę, że naszym aniołem stróżem. Często drażniliśmy ją, chowając się przed nią w pszenicy. Ona skakała wtedy śmiesznie do góry, próbując nas dostrzec w wysokim zbożu. Wyglądała wtedy jak czarny zając, tylko z nieco mniejszymi uszami.
Oprócz tych zajęczych zdolności, Nuka była świetnym łowcą szczurów. Tata często zabierał ją na łowy do piwnicy. Szczególnie, gdy dostawaliśmy nową dostawę węgla. Szczury uciekały gdzie popadnie, a Nuka dopadała niemal każdego z nich, ze sprawnością kota czyhającego na swą zdobycz. Można powiedzieć, że „wióry szły” i robiło się prawdziwe zamieszanie. Nasz pies zbierał oklaski i wyrazy szczerego podziwu ze strony wszystkich, nawet mojego taty. Nie to, żebym była miłośniczką zabijania zwierząt. Nigdy też tego dokładnie nie widziałam, ale szczury to szczury. Nic dobrego z nich nie wynika. To samo dotyczy myszy, które są rzeczą zupełnie normalną, gdy mieszka się na wsi. Przychodzą z pola i tyle, „szroboczą” w nocy i podkradają jedzenie. No i trzeba na nie ustawiać pułapki. Pomijając zabawy z psem, naszym kolejnym ulubionym zajęciem było budowanie domków w pobliskich świerkach. Odkrywaliśmy tam tajemnicze przejścia, „schowki” na cenne przedmioty oraz tworzyliśmy nasze świerkowe domki. Czasem kończyło się to kłótniami między nami, który domek jest czyj, kto jest jego właścicielem…
Wprawdzie nie było nas wielu na obrzeżu wsi, ale zawsze znalazł się ktoś do zabawy. Gdy przychodziły wakacje, towarzyszy do zabawy przybywało. Dzieciaki przyjeżdżały do babć i dziadków, a my mogliśmy ganiać się w berka lub bawić w chowanego, lub po prostu chodzić po płotach do późna w nocy. To było naprawdę ekscytujące. Lubiłam te czasy. Co prawda nie zawsze było sielankowo, bo czasem przyjeżdżał wnuczek naszej starszej sąsiadki i mi dokuczał, rzucając kamieniami lub po prostu drażniąc, ganiając za mną z jakąś dżdżownicą w ręku. Czasem to ja wyjeżdżałam na wakacje czy to na kolonie, czy w odwiedziny do naszej rodziny, która mieszkała na Kurpiach. Spędzaliśmy ciekawie czas wraz z moim kuzynostwem. Chodziliśmy wówczas po lasach, spaliśmy na sianie lub przesiadywaliśmy do późna na rozdrożu wraz z inną dzieciarnią, tudzież młodzieżą. Z pewnością wolałam spędzać czas na zewnątrz niż w naszym ciasnym, zagraconym, dwupokojowym mieszkaniu bez łazienki. Była nas piątka, a ja byłam trzecia z kolei po Marysi i Jacku, za mną Kaja i Emila. Parę lat później urodził się Daniel, czyli w sumie szóstka.
Moi rodzice pracowali zawodowo: tata, jako kolejarz, a mama w pobliskim gminnej spółdzielni, zwanej przez wszystkich po prostu GS-em. Pracę ojca stanowiły częste służby nocą. Musiał potem odsypiać w czasie dnia i pamiętam, jak stałam w progu, patrząc na niego drzemiącego na wersalce w małym pokoju. Czasem fruwało nad nim stado much, czyhających na swój moment. Przykrywałam wtedy jego twarz gazetą, by ochronić przed swędzącymi bąblami. Lubiłam też przyglądać się, gdy szykował swoją małą, czarną walizeczkę do pracy, starannie pakując kiełbasę owiniętą w gazetę lub inne przekąski, na śniadanie bądź kolację. Nigdy nie pamiętam, by na mnie patrzył w tym czasie, skupiony na wykonywanej właśnie czynności. Mało z nami rozmawiał, za to często krytykował. Gdy nie umiałam zrobić jakiegoś zadania, musiałam wysłuchiwać monologu, jaki on był zdolny i, bystry i jak się dobrze uczył. Czułam się wtedy jak totalny debil.
Zawsze miałam duszę artystki, ale jakoś to nie pasowało do wizji moich rodziców. Byli ludźmi praktycznymi. Malarstwo czy plastyka wychodziły poza granice ich zrozumienia.
Poza pracą zawodową nasi rodzice posiadali też małe gospodarstwo. Składało się ono z kilkunastu kur, dwóch krów, czasami małego cielaczka i kilku świniaków. Mieliśmy też duży ogródek i małe poletko, gdzie posadzone były ziemniaki, zasiane buraki czy trawa na siano dla krów.
Z całego serca nie znosiłam prac w ogródku czy w polu. Wydawało mi się, że nie pasuję do tego typu zajęć. Czułam się totalnie jak w niewłaściwym miejscu!
Moi rodzice, mimo dość ciężkich czasów, należeli do relatywnie przedsiębiorczych ludzi. Czasy były ciężkie, więc ich zdaniem trzeba było sobie radzić z każdej strony. Więc sobie radzili. Czy to handlując drobiem, podbierając zbiory z pobliskich pegeerowskich pól, czy też znajdując inne zajęcia, które miały przynieść dodatkowe dochody. No cóż, czasem ta ich przedsiębiorczość odbijała się także na mojej reputacji.
— Jaworska, a twoi rodzice maja melinę, co?? Hehe — usłyszałam pewnego dnia chrapliwy głos mojego przygłupiego kolegi z klasy, gdy siedzieliśmy w szkolnej budzie po lekcjach, która zawoziła nas każdego dnia do domu.
— Odczep się, co ty za głupoty wygadujesz!!?
— Melinę macie, hehehe — zaśmiał się pogardliwie.
W sumie mogłam go zapytać, skąd o tym wie? Pewnie stąd, że jego ojciec pił i od nas czerpał swoje zapasy. Tak naprawdę nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Zatkało mnie i zrobiło mi się strasznie głupio. A jak miało mi nie być głupio? Moja mama, przedsiębiorcza kobieta, idąc w ślady sąsiadki, postanowiła sprzedawać alkohol w nocy lokalnym menelom? Nie mogłam tego tak zostawić i czułam się okropnie upokorzona. Postanowiłam się z nią rozprawić.
— Mamo! Czy ja musze się za was wstydzić, że robicie melinę z domu?? Wszyscy już o tym wiedzą!!! Masz z tym skończyć, bo przestanę chodzić do szkoły! — wypaliłam.
Na co moja mama obruszona:
— Nie przesadzaj. Nie twoja sprawa.
Jeszcze coś tam pomamrotała pod nosem, nie zostawiając mi cienia wątpliwości, że ma głęboko gdzieś, jak ja się z tym wszystkim czuję. Dla niej było najważniejsze, że są z tego pieniądze. Jak utrzymać tak dużą rodzinę? Nakarmić nas wszystkich, kupić buty, książki i jakoś wysłać do ludzi?! Co jak co, ale zawsze mieliśmy w domu jedzenie, ubranie, a rodzice dbali o to, byśmy skończyli przynajmniej szkołę średnią.
Oczywiście nie pamiętam, abym kiedykolwiek usłyszała słowo „kocham cię” czy zostałabym zwyczajnie przytulona. Można powiedzieć, że wychowywaliśmy się sami. Nie to, żebym miała pretensje. Takie były czasy…
Często rozmyślałam, podczas trzykilometrowej drogi ze szkoły do domu, gdzie chciałabym być w przyszłości. Droga ta wydawała się idealnym miejscem, aby oddać się marzeniom. Lubiłam marzyć i uwielbiałam czytać. Już w zerówce przeczytałam wszystkie książki w naszej niewielkiej szkolnej bibliotece. Moi rodzice szczycili się potem faktem, że czytałam książki dzieciakom ze starszych klas. Szczególnie uwielbiałam Baśnie Andersena, Opowieści z Tysiąca i Jednej Nocy, Braci Grimm. Marzenia i książki pomagały mi przetrwać.
Podczas tych moich przechadzek ze szkoły, wyobrażałam sobie, że mieszkam w Niemczech, a wszystko jest kolorowe i wspaniałe. W marzeniach doświadczałam tam różnych przygód, chodziłam na basen, byłam lubiana i rozchwytywana przez chłopaków. Być może dlatego, że wtedy bardzo się ich jeszcze wstydziłam…
Dlaczego akurat Niemcy? Powód był prosty. Moje dwie „szczęśliwe” koleżanki z klasy często dostawały paczki z Niemiec od swoich babć czy ciotek. Chwaliły się potem w klasie pięknymi, ekskluzywnymi ciuchami (bez znaczenia, że czasem zakupionymi na pchlim targu), bądź też przynosiły ładne, kolorowe, błyszczące reklamóweczki, o których nam się tylko marzyło. Zazdrościłam im bardzo, ale nie w negatywny sposób, bo obie bardzo lubiłam, ale to wszystko wydawało się takie egzotyczne i odległe… Wierzyłam, że gdzieś jest inne życie, daleko poza moją wioską.
Tymczasem przygodą dla naszych rodziców było stanie w kolejce po pralkę przez dwa tygodnie! Do dziś nie mogę zrozumieć, na czym to polegało? Czy dwa tygodnie przed dostawą szło się do sklepu i zamawiało kolejkę, a potem nocami pilnowało tej kolejki? Próbuję czasem to sobie fizycznie wyobrazić. Dziś jest to czysta abstrakcja, bo w sklepach mamy dosłownie wszystko.
Pamiętam moment, gdy postanowiłam zaszaleć i poczuć się panią świata. Chyba już wtedy, jako małe dziecko, byłam przeciwna wszelkim ograniczeniom. W naszym błyszczącym segmencie ze Swarzędza rodzice przechowywali pieniądze. Było ich mnóstwo, całe pliki nowiutkich stówek. Podkradałam te piękne nowiutkie banknoty w pomarańczowym kolorze, szłam do sklepu i kupowałam to, co mi się żywnie podobało. Często kolorowe wycinanki i inne tego typu pierdołki. To była frajda — poczuć wolność! Oczywiście wszystko się szybko wydało. Wstrętne sprzedawczynie podkablowały mojej mamie. Było mi strasznie głupio i dostałam niezłe kazanie. Pamiętam, że czułam się wtedy bardzo dziwnie.
Od dziecka uwielbiałam ładne rzeczy. Czasem rodzice nie mieli ze mną lekko pod tym względem. Byłam chyba w ósmej klasie, gdy weszła moda na piękne czarne bluzki ze złotymi napisami. Mogły być też srebrne. Uparłam się, że muszę taką mieć. Przecież wszyscy takie mają! Błagałam mamę o pieniądze, ale jak zwykle zmartwionym głosem powiedziała:
— Dziecko, ale my nie mamy pieniędzy.
Na co ja wydusiłam:
— Jak to nie mamy? Na pewno masz, tylko nie chcesz mi dać! Będę wyglądać jak wieśniaczka. Wszystkie dziewczyny mają takie bluzki. Tylko nie ja!!!!
Nie wierzyłam jej. Prawdziwie, z całego serca myślałam, że kłamie. Ma na pewno, tylko nie chce mi ich dać… Świat dziecka jest ograniczony w sprawach zrozumienia rzeczywistości. Prawdopodobnie na szczęście. Położyłam się na łóżku i zanosiłam od płaczu. Łzy rozpaczy wylewały się ze mnie jak z fontanny. Mama chyba zlitowała się nade mną, bo już następnego dnia wręczyła mi pieniądze na ulubioną bluzkę. Nie wiem, skąd je miała. Prawdopodobnie pożyczyła od sąsiadki. Eh, wyobrażam sobie, jak bardzo ciężko jej było w tamtym momencie. Moja mama była dobrą osobą. Nawet wtedy, gdy ktoś nie życzył jej dobrze, zawsze była w stanie wyciągnąć rękę. Nie żywiła do nikogo długo urazy.
Gdy jej ojciec, a mój dziadek, zdecydował się ponownie ożenić po śmierci pierwszej żony, a mamy mojej mamy, wprowadziła się do niego druga żona. Dziadek mieszkał zaraz za rogiem, więc widywaliśmy się niemal codziennie. Jego nowa wybranka serca pochodziła z miasta. Zachwycała się jego szykiem i kapeluszami, które ubierał co niedzielę do kościoła. Szybko okazało się, że mój dziadek nie jest chodzącym aniołem i zaczął dawać się jej we znaki. Miał naturę awanturnika, pijaka i kobieciarza. Co prawda, jego wiek i choroba nie pozwalały mu na wybryki, jednak jego nowa żona zorientowała się, że źle trafiła. Sama zresztą była dość ekscentryczną, chłodną kobietą. Często miała żal do mamy, iż ta nie uprzedziła jej o charakterze dziadka, co objawiało się w przeróżnych sytuacjach. W obronie mamy mogę tylko powiedzieć, że cóż ona niby miała zrobić? Pomimo tej jawnej niechęci, mama nigdy nie powiedziała nam o niej złego słowa. Nie buntowała nas również przeciwko niej. A przecież dziadek nieźle narozrabiał w życiu mamy i babci — naszej prawdziwej babci, której w ogóle nie pamiętam poza okropnymi zdjęciami pogrzebowymi, które ozdabiały nasz album. Cóż za pomysł, aby robić zdjęcia zmarłym!!
Tak czy inaczej, moje dzieciństwo nie było najgorsze. Zdarzało się, że czułam się samotna, bo rodzice bardzo dużo pracowali, ale nie myślałam wtedy o tym, tak po prostu było. My dzieci żyliśmy swoim życiem. Nigdy nam się nie nudziło. Lubiłam też swoją szkołę i klasę. Byliśmy zgrani i świetnie się dogadywaliśmy. Latem organizowaliśmy zbiórki harcerskie, na które trzeba było ubierać tzw. mundurek, który uwielbiałam. Moja grupa nosiła nazwę „Wesołe Nutki”. Nasza zastępowa postarała się, abyśmy mieli, na naszych niebieskich chustkach, które wkładało się pod pagony, naszyte uśmiechnięte nutki. Uczęszczałam również na zajęcia teatrzyku w naszym Wiejskim Domu Kultury i na wiele innych różnych zajęć, które były czystą frajdą. Nie przeszkadzał mi fakt, że musiałam później pokonywać w ciemności moją długą drogę do domu.
Później przyszedł czas na liceum. Wybrałam szkołę ekonomiczną w oddalonym o 50 km od nas mieście. Biznes i ekonomia nie były moją mocną stroną, ale wydawały się, na ten czas, jedynym właściwym rozwiązaniem. Zarówno mama, jak i starsza siostra ukończyły takie właśnie kierunki, więc postanowiłam podążyć ich śladem. Zamieszkałam w szkolnym internacie. Mieszkanie w innym mieście, z daleka od domu, wydawało mi się totalnie cool.
Pierwszy rok poza domem i nawiązywanie nowych przyjaźni było dla mnie dość trudnym okresem. Nikt mnie nie znał i ja nikogo nie znałam. Było mi trochę trudno odnaleźć się w tym nowym środowisku. Nie lubiłam swojej licealnej klasy. Uczniowie podzieleni na dwa obozy; ludzi z miasta, czyli tych miejscowych, którzy uważali się za wyjątkowych, i tych ze wsi, dojeżdżających. Nie podobało mi się ta dynamika. Poza tym same przedmioty też mnie nie bardzo interesowały. Matma była udręką, rachunkowość trudna jak czarna magia, reszta dała się znieść. Na drugim roku było już lepiej. Pojawiły się nowe przyjaźnie, przyszedł czas słodkiej zabawy, śmiechu, wyjazdów na weekendy do koleżanek, długich rozmów oraz flirtów z chłopakami.
Po skończonym liceum nie bardzo wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. To były moje ostatnie wakacje, bo na studia się nie wybierałam. Nie bardzo martwiłam się o przyszłość, widocznie nie miałam, po co, bo już od września rodzice znaleźli mi pracę w butiku u znajomych, w sąsiednim miasteczku. Byłam wniebowzięta. Uwielbiałam pracę z ubraniami. Sylwia, młoda właścicielka sklepu, sprowadzała towar z Turcji i w ten sposób zdobywałyśmy najnowsze trendowe kolekcje. Czułam się jak ryba w wodzie! W końcu mogłam realizować swoją kreatywną stronę! Mieliśmy niewielką wystawę, a na niej rurkowe dwa manekiny, ale przebierałam je tak często, jak się tylko dało.
Zaczęłam umawiać się również na randki. Wcześniej bardzo wstydziłam się płci męskiej, a mój młody wygląd, drobna sylwetka, niski wzrost i okrągła buzia powodowały, że chłopcy woleli moje, bardziej dojrzale wyglądające koleżanki. Niemal od zawsze wyglądałam na kilka lat młodszą, niż faktycznie byłam.
Nasz sklep stanowił zbiór różnych stoisk, gdzie jednym z nich było również muzyczne, toteż przewijało się u nas w ciągu dnia mnóstwo ludzi. Z niektórymi się zaprzyjaźniłam, inni mnie irytowali. Szczególnie jeden chłopak, który pojawiał się, by odwiedzać swojego kumpla na stoisku z kasetami.
Był średniego wzrostu, miał bardzo krótko przystrzyżone włosy i odstające uszy. Był to typ aroganckiego łobuza. Widywałam go dość często w jego obcisłych czarnych jeansach i charakterystycznie bordowej bluzie z kapturem. Chłopak zachowywał się głośno i od początku zaczęliśmy się wzajemnie drażnić. Irytował mnie okropnie swoim zachowaniem, a jednocześnie coś mnie do niego ciągnęło. Ostatecznie, jego denerwujący sposób bycia i uszczypliwe żarty, przerodziły się we flirt między nami. Zaczęliśmy się spotykać. To była moja pierwsza, prawdziwa miłość. Bartek był niespokojnej natury i lubił pakować się w kłopoty. Ja jednak widziałam w nim coś więcej niż trudny charakter. Lubiłam jego bezczelny sposób bycia i poczucie humoru. Rozbawiał mnie do łez. Byliśmy jak dwa końce kija. Zakochaliśmy się w sobie do szaleństwa. Nikt z moich znajomych ani rodziny, nie był z tego powodu specjalnie zadowolony. Bartek oznaczał kłopoty. Ja jednak uparłam się przy swoim, toteż jedyną rzeczą, jaką mogli zrobić, było po prostu pogodzić się z tym faktem.
Przyjeżdżał do mnie regularnie i często spędzaliśmy ze sobą czas. Podejrzewam, że wolał przesiadywać u nas w domu niż uczestniczyć w swojej skomplikowanej sytuacji rodzinnej. Mama mojego chłopaka mieszkała z nowym przyjacielem, a jego rodzinny dom okupował brat alkoholik. Zawsze umiałam znaleźć wytłumaczenie dla ludzi łamiących wszelkie zasady zdrowego funkcjonowania i ładujących się w problemy. Ja widziałam w nich po prostu ludzi wrażliwych. Bartek był wrażliwą duszą, która szukała uwagi w sposób niezwykle prowokujący. Był odwrotnością mojego ugodowego, grzecznego charakteru. Być może gdzieś, w głębi serca, chciałam być taka jak on i nie martwic się tym, co pomyślą inni?
Moje marzenia o wyjeździe za granicę nigdy nie poszły w niepamięć, żyłam jednak swoim małym życiem, starając się za wiele o tym nie myśleć. W końcu okazja do wyjazdu pojawiła się sama! Moja najstarsza siostra, od dwóch lat dorabiała na wyjazdach do Niemiec, jako opiekunka do dzieci, więc czasem prosiłam ją, by poszukała czegoś dla mnie.
— Angi mam dla ciebie pracę, chcesz nadal wyjechać?! — wyśpiewała radośnie podczas jednej ze swoich odwiedzin.
W domu czekały na nią trzy małe dziewczynki, więc starała się przyjeżdżać tak często, jak się tylko dało.
— Masz dla mnie pracę??
Byłam podekscytowana.
— Co to za praca?! — dopytywałam.
Przyglądałam się czarnej, eleganckiej mini sukience z wyszywanymi cekinami, którą dla mnie przywiozła. Sukienka była klasyczna, bez rękawów i trochę za długa, jak na mój gust, bo sięgała lekko za kolano, ale postanowiłam ją trochę przyciąć.
— A wiesz, podpytałam trochę moją szefową i jej znajoma szuka opiekunki do dziecka. Mają ośmiomiesięcznego chłopca i ośmioletnią dziewczynkę. Ona chce pojechać do Paryża z małym i potrzebuje wziąć z sobą kogoś do pomocy, bo chce zająć się studiami czy coś. Także jechałabyś z nimi do Paryża!
— Co, to niemożliwe, żartujesz?! — gadałam podekscytowana jak katarynka.
— Do Paryża!! Kiedy??
— No jest mały problem, bo ona chce jechać na początku września, a w październiku mamy przecież wesele Jacka…
Jacek był moim starszym bratem i wszyscy czekaliśmy z utęsknieniem na huczną zabawę. Na szczęście udało się wszystko załatwić. Moi przyszli pracodawcy zgodzili się na nasze warunki i nawet zapłacili za mój, nieplanowany w umowie, przejazd na ślub brata. Wszystko szło jak po maśle. Jedyną osobą, która wydawała się niezadowoloną, był oczywiście Bartek, ale oboje ustaliliśmy, że jest to szansa dla nas. Miałam mu załatwić pracę tak szybko, jak się da. Taki był nasz początkowy plan. Oboje byliśmy w sobie bardzo zakochani i marzyliśmy o spędzeniu życia razem!

Koniec fragmentu

Tutaj kupisz „W Poszukiwaniu Zaginionej Duszy”

agajanowska

W poszukiwaniu zaginionej duszy”, jest książką autobiograficzną, z wątkiem rozwojowo-coachingowym. Autorka opisuje w niej własne losy, własną siebie, swój tok myślenia na temat świata, związków, miłości i życia. W oparciu o własne doświadczenia wskazuje drogę do rozwiązań. Namawia do wsłuchiwania się w siebie, w głos serca, który zawsze będzie twoim najlepszym drogowskazem.

Chce przekazać, że to my dokonujemy wyborów, i wybieramy drogę, którą chcemy podążać. 

Bardzo mocno porusza zagadnienie duszy, poprzednich wcieleń i ich wpływu na teraźniejszość. Pokazuje jaki wpływ może mieć na nas historia naszej rodziny. Rodząc się w niej, bardzo często bierzemy na barki ogromny ciężar, którym jest rodzinny kod DNA.

Agnieszka Janowska – life coach holistyczny, terapeutka duszy, pisarka, kobieta kreatywna. Jest autorką nowatorskiego programu rozwojowego „Coaching Inside-Out”, który łączy piękno wewnętrzne i zewnętrzne kreując jedną całość.

Pochodzi z Mazur, gdzie się wychowywała, spędziła dzieciństwo i lata młodzieńcze. W wieku 21 lat wyjechała do Niemiec, gdzie mieszkała przez pięć lat. Wróciła do Polski w 2002r. Kolejne pięć lat spędziła w Warszawie próbując na nowo poukładać swoje życie. W 2007 roku zdecydowała się wyjechać do Dublina w Irlandii, gdzie mieszka do dziś zachwycając się pięknem, i magią celtyckiego kraju. Tam też pracuje pod parasolem największego centrum holistycznego „Dublin Holistic Centre”. Założycielka koncepcji „Agnes’ Holistic Life”, która pomaga wielu ludziom odnaleźć się w trudnych sytuacjach, wyjść z depresji, czy po prostu przywrócić radość życia.

Ma na swoim koncie wiele sukcesów zawodowych, publikacje w prasie, kilka wystąpień w polskim radiu w Irlandii i ogromnie wiele planów na przyszłość. Jej marzeniem jest posiadanie własnego programu telewizyjnego, gdzie będzie mogła mówić o sprawach ważnych, dla duszy i ciała.